Był rześki poranek. Zimowy, można by rzec, gdyby to nie był środek lata. Ptaki zaczęły właśnie świergolić. Co najmniej, jakby się dziwiły - "o, patrzcie, ta śmieszna żółta kulka - znowu się pojawia nad drzewami...".
Dżems otworzył jedno oko. Do połowy. Nie lubił poranków. A już na pewno nie lubił wczesnych poranków. Przecież jeszcze nawet nie ma - pomyślał rycerz wciągając powietrze nosem - szóstej... - jeszcze raz wciągnął powietrze - ...a nawet za piętnaście szósta. To nienaturalne budzić się o tej porze...
No właśnie. Nienaturalne. Ostatnio wiele rzeczy działo się w sposób... nienaturalny. Choćby te dziwne myśli przebiegające porankami przez głowę - co to wogóle jest ta "szósta"? Kto mógł mu to w głowę wkładać? "Jeden", "dwa" - to jeszcze rozumiał. Czasem nawet "trzy". "Szósta" i "piętnaście" brzmiało znajomo. Czuł, że stanowią z "jeden" i "dwa" jakąś ciągłość. Na czym ta ciągłość jednakowoż polegać miała - tego Dżems dociec nie mógł. A męczyło go to okrutnie.
Poza tym - od jakiegoś czasu na ścianach zaczęły się pojawiać napisy. W kształcie: "już czas", "teraz", "szykuj się"... Co najmniej jakby ktoś chciał mu przez to coś przekazać. Magia. Niewątpliwie. Dżems na szczęście był uodporniony na tego typu magiczne ataki. Nie potrafił czytać. Przeczuwał jednak wiszące w powietrzu Przesłanie. Ktoś chciał mu coś przekazać. To nie budziło żadnych wątpliwości.
Ale kto?
I co?
"Co: co?" - wszedł w dialog z samym sobą Dżems.
"Acha... TO" - przypomniał sobie osohozi.
Mimo wszystko pytanie zostało otwarte. I nie dawało się domknąć.
Nie to, żeby nie próbował. Ale był tym unikatowym typem rycerza, który przy większym wysiłku umysłowym zasypiał. Znajoma lekarka twierdziła, że w ten sposób obwody bronią się przed przepaleniem. Dżems przez moment podejrzewał ją o kpiny, ale gdy się nad tym chwilę zastanowił to... zasnął. Więcej do tematu nie wrócił. Przyjął, że w historii ewolucji jest czymś szczególnym. Ważnym ogniwem. Może nawet tym brakującym, kto wie...
- ŁOTWÓRZ DŻWIŁ! - wyrwał go nagle z zamyślenia krzyk wielu głosów.
- "Co za %&*&E?? się tu **&^ o tej &***653## porze?" - spytał się siebie pod nosem płynną łaciną Dżems.
- ŁOTWÓRZ CIŁ MŁÓWIEM! - głosy na chwilę się oddaliły, potem było słychać tupot nóg i sapanie. W końcu zaczęło łomotać w drzwi... Najpierw powoli jak żółw ociężale, a potem jak nie trzaśnie...
Chałupka zatrzęsła się w posadach.
- Ożesz... - mruknął do siebie Rycerz Dżems z szybkością błyskawicy zeskakując z łóżka. - To ci dopiero straszny frasunek! * Warto by było * Coś tu wynaleźć * Co mi da ulgę, * Oraz ratunek. - dorzucił bohater wierszem. Albowiem w chwilach zdenerwowania umysł jego przerzucał się na tryb heroic fantasy i... Ach. No dobrze. Umysł jego przerzucał się na tryb rety bo się zaraz posiuram i formułował myśli w trybie wiersza niskobudżetowego. Dzięki temu ciało, pozbawione kontroli mózgu, mogło reagować szybciej i sprawniej (Zdarzało się również, że Wróg - często z poezją nieobyty - przystawał na chwilę, w rym się zasłuchawszy. Dawało to Dżemsowi dodatkowe cenne sekundy i jednocześnie sprawiało, że ów przystanek był zazwyczaj dla Wroga przystankiem ostatnim).
- ŁOTWIEŁROJ, BYŁŚ NIE ŻOŁOWOŁ!!! - wrzeszczały Głosy. Podpierając swą prośbę rytmicznym "łejjj... ŁUP!, łeeejjj... ŁUP!, trzymłoj tełn torołn, barołnie!!, łeeeejjjj ŁUP!" w drzwi rycerskiej chaty.
Krew zawrzała w żyłach Dżemsa. Szybkim skokiem dopadł stołu na którym leżał jego miecz. Choć koniec końców można by raczej powiedzieć, że to raczej stół dopadł jego. No cóż. Każdy się może poślizgnąć.
Po krótkiej szamotaninie Dżems opanował swój rynsztunek i stanął z obnażonym mieczem, w pozycji bojowej. Umysł maksymalnie skoncentrowany. Niestety - na tym, kiedy wreszcie będzie śniadanie. Ale nie szkodzi. Ciało często dawało sobie radę bez udziału umysłu. Krew wojownika załatwia czasem o wiele więcej niż rycerskie nauki (na przykład - można się na niej pośliznąć - przyp. tłum.).
W tym samym czasie drzwi jego fortecy pękły z hukiem po ostatnim, potężnym uderzeniu. Obłok kurzu, dymu i pierza (skąd to pierze? - zdążył zdziwić się rycerz) przesłoniły przez moment widoczność. Dżems sprężył się cały i ruszył żwawo na spotkanie intruzów. Miecz błyszczał żądzą mordu. Albo przynajmniej żądzą odcinania kończyn. No, dobrze - żądzą ogłuszenia kogoś płazem. Ok - przynajmniej sparowaniem ciosu, który inaczej zmiażdżyłby głowę Dżemsa. Eeee.... który inaczej kolnąłby go nieco w ramię? No to przynajmniej śmignąłby koło małego palca jego lewej stopy? A przynajmniej...
- CIIIIISZAAAAAA!!! - zdenerwował się w końcu Dżems. - Ja tu próbuję walczyć o życie! - po czym skoczył w kierunku wyłamanych drzwi.
Zobaczył siedmiu małych gości. W czerwonych czapeczkach.
- PRZEPROSZŁOMY! - odezwał się jeden z nich, gdy już się trochę rozejrzeli. - CZY TŁO DOM ZŁYJ CZAROŁWNICY?
- E, e? - zbierał myśli Dżems.
- NO, TŁYJ COŁ NAM ŁUPIPRZYŁA ŚNIEŁŻKE? - dopowiedział drugi mały.
- No raczej nie... - odrzekł Dżems.
- NO TŁO PRZEPRASZŁOMY - ukłonił się trzeci. - MY JUŁŻ W TOKIM ROŁZIE PÓJDŻŁEMY...
I wyszli.
- MÓŁWIŁEM ŻEŁBY SPROWDZIŁĆ OŁDRES! - rozległ się głos jednego z siedmiu.
- A JA ŻEŁBY WPIERW ZAŁPUKŁAĆ!
- PRZECIEŁŻ PUŁKŁALIM POPRZEDNIO!
- KTO KRZYCZOŁ WYŁOMAŁĆ DZŁWI?!
Głosy siedmiu wspaniałych nikły w oddali. A Dżems stał z paszczęką rozdziawioną, nagim mieczem w prawym ręku. Stał tak i stał, śnieg na niego prószył. Choć był środek lata. W końcu westchnął i ruszył do domu.
- Ech, szkoda - pomyślał. - Fajnie się zapowiadało. Może w takim razie w świat ruszę, przygód szukać?
I ruszył.
Comments
10/10 ;)
10/10
;)